„Kontrabasista z zamiłowania i najweselszy muzyk z całego zespołu” – tak o 29-letnim Witoldzie Kujawskim pisze redaktor w programie I Festiwalu Jazzowego w Sopocie w 1956 r. Ostrowianin Witold Kujawski gra wtedy w Melomanach, o których w latach 50. mówi się nie inaczej jak bogowie polskiego jazzu. Na tym samym festiwalu w roli księcia polskiego jazzu występuje też inny ostrowianin, nota bene wielkie odkrycie Witolda Kujawskiego – Krzysztof Komeda Trzciński ze swoim sekstetem.

Pięć pilotów do muzyki
– Co pani chce dzisiaj zobaczyć? Koncert Elli Fitzgerald czy jej biografię? – pyta mnie na wstępie jednego ze spotkań Witold Kujawski. Mam już za sobą odpowiedzi na pytania, czy lubię muzykę i jaką. Przez to pytanie Kujawski niejako określa ludzi. Lubią muzykę – znaczy, że jest z nimi o czym porozmawiać. W mieszkaniu zazwyczaj słychać jazz. Tradycyjny. Kujawski – rocznik 1927 – podkreśla, że wychował się na dixielandzie, swingu i bebopie. – Świetnie się orientuję w dzisiejszej muzyce, ale – proszę pani – supertalentów dzisiaj nie ma – ucina krótko. W pokoju, po którym snuje się leniwie Rinówna, dość sporych rozmiarów kotka, mnóstwo płyt i nagrań wideo. Prawie wszystkie z jazzem. Na stole pięć pilotów. Jeden do telewizora, pozostałe do muzyki. – Przygotowałem dla pani nowe materiały. Niech pani sobie to wszystko obejrzy, niech pani posłucha tych płyt. To najlepsi jazzmani – za każdym razem na pożegnanie dostaję lekcję do odrobienia.
Przesłuchać kilku płyt z jazzem
Kujawski bez ceregieli przyznaje, że jest muzycznym snobem i dziwakiem. Tylko na jego warunkach Żeby spotkać się z Kujawskim, trzeba nie lada zachodu. Choć mieszka w samym centrum miasta, trzeba zostać „wprowadzonym”. Otwiera tylko tym, z którymi wcześniej się umówił. Nie przyjdzie się w wyznaczonym terminie, spotkanie przepada. Telefon ponoć ma, ale nie wiadomo, kto zna do niego numer. E-maili nie uznaje, gdy chce się z kimś skontaktować – pisze list na maszynie. To on wyznacza warunki, na których można się z nim spotkać. – Mam komórkę, ale ja nie jestem w stanie wykorzystać tych wszystkich darmowych minut – wyznał mi kiedyś ze szczerością. Po bliższym poznaniu okazuje się, że ma olbrzymie poczucie humoru i spory dystans do siebie.– Ja chcę mieć spokój. Do mnie może zadzwonić tylko jeden człowiek – Duduś Matuszkiewicz – dodał.
Zanim Kujawski poznał w Krakowie Jerzego Dudusia Matuszkiewicza – twórcę Melomanów, trochę czasu minęło. Urodził się w Ostrowie w 1927 r. Mieszkał w kamienicy na Rynku, w której jego ojciec prowadził skład z odzieżą. Zanim stał się rozpoznawanym kontrabasistą, razem z bratem Jerzym – później znanym malarzem awangardowym – brali lekcje gry na pianinie. Gdy nadeszła wojna, Niemcy wyrzucili ich z domu. Razem z rodziną – matką, ojcem i bratem – przebywali w obozie w Skalmierzycach, potem zostali wywiezieni do Tomaszowa Mazowieckiego, skąd trafili do Krakowa.
Zbiegi okoliczności
– Mieszkaliśmy na Stradomiu (dzielnica Krakowa – przyp. HO) obok małego, pożydowskiego hoteliku, który nazywał się Londyński – opowiada Kujawski. – Wynajmujący go Polak miał dwie córki na wydaniu. Prócz nich, w holu – fortepian. Do niego przychodzili muzycy i w zaloty do córek, i po to, by pograć na fortepianie. Grali takie „ujazzowione” rzeczy, a ja wszystko słyszałem. Podobało mi się – dodaje Kujawski. Po wojnie w Krakowie powstaje dom kultury, jeden z pierwszych w Polsce powojennej. W soboty i niedziele gra w nim z kwartetem Jerzy Matuszkiewicz. W tym czasie Kujawski w 1947 r. zdaje w przyspieszonym terminie – jak to roczniki przedwojenne – maturę. Zapisuje się na studia spółdzielcze. Zalicza rok, ale gdy zaczyna grać z Melomanami, rzuca naukę. – Całe moje życie składa się ze zbiegów okoliczności – zaczyna opowiadać. – Nagle okazało się, że w zespole Matuszkiewicza zabrakło pianisty. Nie wiem, skąd on się dowiedział, że ja gram, ale przyszedł do mnie i zaproponował granie. Zagrałem na potańcówce i tak zaczęliśmy razem grać w soboty. Ja na fortepianie, on na saksofonie. Potem przyszedł Andrzej Trzaskowski – o klasę lepszy ode mnie – więc Matuszkiewicz zaproponował mi, żebym zagrał na kontrabasie – dodaje Kujawski. Tak powstawali Melomani. Trzaskowskiego „odkrył” Kujawski, podobnie jak później Krzysztofa Komedę Trzcińskiego. Było ich więc już trzech: Matuszkiewicz, Kujawski i Trzaskowski, gdy ten pierwszy dostał się w 1949 roku do Łodzi na studia filmowe. „Nawiązałem kontakt z łódzką YMCA, przy której działał Klub Miłośników Muzyki Rozrywkowej „Melomani”. Spośród tamtejszych muzyków najbardziej spodobali mi się Witold Sobociński i Andrzej Wojciechowski. (…) Stałem się łącznikiem pomiędzy Krakowem i Łodzią – z tych dwóch ugrupowań wyłoniła się nasza podstawowa piątka: ja grałem na sax tenorze i klarnecie, Wojciechowski na trąbce, Trzaskowski na pianie, Kujawski na basie i Sobociński na perkusji. Wkrótce zaczął dojeżdżać do nas z Poznania, odkryty przez Kujawskiego, Krzysztof Trzciński” – tak pisał o początkach Melomanów, którzy zawiązali się ostatecznie w 1951 roku, Jerzy Matuszkiewicz. Muzyka zakazana Wówczas – po wojnie – nawet w tak dużych miastach jak Kraków wszyscy, którzy grają jazz, znali się.
Jazzmanów nie było zresztą wielu. To było też dość hermetyczne środowisko. – W naszym graniu było więcej serca niż umiejętności. Słuchaliśmy radia zachodniego, spisywaliśmy melodię i kombinowaliśmy – wyznaje szczerze Kujawski. – Matuszkiewicz ściągnął nas do Łodzi, a że trzeba było z czegoś żyć, załatwił nam to, że byliśmy zespołem „zastępczym” – angażowano nas do grania w knajpach, jak inne zespoły miały wolne. W soboty i niedziele graliśmy w takiej knajpie na Górniaku (dzielnica Łodzi – przyp. HO), m.in. jazz, ale trzeba było grać do tańca, a więc i tango milonga się grało – dodaje. To m.in. jest w filmie Feliksa Falka „Był jazz”, będącym swoistym hołdem dla pierwszych, podziemnych zespołów, grających zakazaną muzykę amerykańską. Kanwą scenariusza były dzieje właśnie Melomanów. W latach 50. jazz jest muzyką zakazaną. Muzyką przede wszystkim amerykańską, a więc niepoprawną politycznie, wrogą ludowej władzy. Jazz schodzi do podziemia, do prywatnych mieszkań – nadchodzą „czasy katakumb”. Jednym z miejsc, gdzie można się było normalnie spotkać się i pograć jazz, było krakowskie mieszkanie Witolda Kujawskiego. – Co było amerykańskie, to śmierdziało władzy. Jak graliśmy po domach jazz, zawsze mieliśmy przygotowane pół litra i kieliszki. Gdy przychodził patrol milicji, zaczynaliśmy śpiewać „100 lat” i udawaliśmy, że gramy na imieninach. Milicjantom dawaliśmy po kielichu i odchodzili – mówi Kujawski.
Jak zaznacza, dopiero po festiwalu jazzowym w 1956 r. z jazzem zaczęło być lepiej. Jednak jeszcze przed odwilżą w Krakowie odbyły się Zaduszki Jazzowe – najprawdopodobniej pierwszy „festiwal” jazzowy w Europie. – Dlaczego Zaduszki? Ano dlatego, że młodzi muzycy, którzy czuli muzykę jazzową, grali po knajpach dla chleba. W roku było kilka dni, w które się nie grało: w wigilię, w Wielkanoc i w Zaduszki, więc wymyśliłem, że może wtedy wszyscy przyjadą do Krakowa i się spotkają – opowiada Kujawski. – Nigdy nie przypuszczaliśmy, że będą one miały ciąg dalszy. To było dwudniowe jam session, ale UB nie omieszkało się w to wmieszać. Przy wejściu, na stoliku znajdowała się księga wpisów. Po pierwszym dniu – znikła. W latach 90. dopiero wyszło na jaw, że UB ją wzięło. Chcieli sprawdzić, czy nie ma w niej haseł antyrządowych – dodaje Kujawski.
Łowca talentów
W Polsce nastaje odwilż. W tym roku odbywa się także I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej w Sopocie. Melomani uchodzą za gwiazdy polskiego jazzu. Grają trzeciego dnia festiwalu. Przed nimi – dzisiaj powiedzielibyśmy jako support – występuje Sekstet Komedy. Krzysztofa Komedę Trzcińskiego dla świata jazzu odkrył kilka lat wcześniej właśnie Kujawski. Rodzice Kujawskiego wrócili po wojnie do Ostrowa. Przyjeżdżał do nich w odwiedziny. Ktoś powiedział mu, że w gimnazjum jest zespół szkolny, w którym gra młody facet, który tak „popieprza na fortepianie, że aż buczy”. Dla tych młodych chłopaków Kujawski z Melomanów był wtedy idolem. – Jak wszedłem na aulę, to Krzysiu, by mi zaimponować, zagrał Chopina, a potem powiedział, że interesuje go jazz, ale nie wie, jaki on dokładnie jest – mówi Kujawski. – Jak bywałem w Ostrowie, odwiedzałem go. Pewnego razu jego mama na mój widok powiedziała „Panie Kujawski, jak dobrze, że pan przyszedł, bo tego, co Krzysiu wyrabia na fortepianie, nie da się słuchać,” a on już wtedy tego jazzowego bakcyl połknął – śmieje się Kujawski. Potem, zanim Komeda wyjechał do Poznania, przyjechał do Krakowa, do Kujawskiego i do Melomanów. Kontakty utrzymywali przez lata. Bezrobotny nie byłem Kujawski po Sopocie rozstaje się z Melomanami.
W przyjaźni
Duże zdjęcie Melomanów w pierwszym składzie wisi w widocznym miejscu w pokoju Witolda Kujawskiego. – Każdy poszedł w swoją stronę. Oni podostawali się do szkół, a mi trzeba było jakoś żyć. Ja jednak bezrobotny nie byłem, bo już wówczas krążyło takie powiedzenie: „Kto tak w Polsce krowy pasie, jak Kujawski gra na basie” – śmieje się. – Miałem szczęście, zawsze grałem w dobrych zespołach, nazwijmy to: knajpowo – rozrywkowych. Grałem w lokalach w Finlandii, Bułgarii, Czechosłowacji, Jugosławii. Oczywiście w Polsce też – dodaje Kujawski. Anegdotami mógłby sypać, jak tą, gdy grał z zespołem na Gubałówce dla marszałka Iwana Koniewa, jak widywał w Zakopanem Cyrankiewicza, jak grał z Januszem Muniakiem w czeskiej Pradze czy jak z Andrzejem Idonem Wojciechowskim z Łodzi pisali listy abstrakcyjne na Wawel… Grał też w znanej orkiestrze Wicharego na Śląsku. – My wtedy zarabialiśmy takie krocie, że w wyznaczonym terminie nie przychodziliśmy po wypłatę – mówi Kujawski. U Wicharego grał niecały rok. Potem zaczął grać za granicą.
Trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać
– Pod koniec lat 60. w Krakowie grałem na tak zwanych fajfach, czyli na dancingach popołudniowych dla młodzieży w kawiarni Feniks, a wieczorem i w nocy – były występy dla starszych – opowiada Kujawski. – W moim zespole grało dwóch młodych muzyków ze Śląska. Wyjechali na 2 tygodnie do Szwecji na wycieczkę, a na zastępstwo przyszło do nas dwóch świetnych muzyków, tyle że starszych od nas. Kierownik lokalu na ich widok powiedział do mnie: „Oni postarzają zespół”. Wtedy pomyślałem „Kujawski, a jak o tobie za kilka tak lat powiedzą”. Powiedziałem sobie „koniec”. Wziąłem manatki i wróciłem do Ostrowa. Trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać – mówi. W Ostrowie pracował jako instruktor BHP, potem przeszedł na rentę. – Nie brakowało mi grania. Mam taki charakter, że jak sobie coś postanowię, to się tego trzymam – zapewnia. Muzyk kategorii B – Dzisiaj mam osteoporozę. Nie ma się co dziwić. To choroba zawodowa, skutek wielu lat noszenia kontrabasu – mówi obecnie. Kujawski przez całe swoje zawodowe muzyczne życie był muzykiem kategorii B. – Po wojnie każdy muzyk zawodowy musiał przejść eliminacje i miał wpisaną w dowodzie kategorię. „A” mieli tylko soliści, „B” – pozostali muzycy, a „C” – tacy „weselni” muzykanci. Tyle się zarabiało, jaką się miało kategorię. Wszyscy byli posegregowani – wyjaśnia Kujawski. Nie lubi o sobie mówić. Jak ognia unika pytań o życie „bardziej osobiste”. O żony, kobiety, syna z rodziną. – Ja o sobie mówić nie chcę. Mogę mówić o jazzie – mówi. Ważna jest muzyka
Ciągle muzyka.
Czasem włączy telewizor na wiadomości. Wielcy to nie tylko muzycy ze świata jazzu. Wielki jest Sinatra, Piath, Aznavour. – Niech pani słucha go w ciszy, wtedy pani zrozumie – mówi. Film o Piath miał już, zanim ten wszedł na polskie ekrany. Płyty zdobywa, jakie tylko zachce. – Co chcę, muszę mieć. Tak jest do dzisiaj, tak było w latach 90., kiedy płyty sprowadzał dla mnie kolega ze Szwecji – śmieje się. Nie tylko kolega. Płyty dla ojca sprowadzał też z całego kraju syn Paweł, który razem z żoną Małgorzatą mieszka ścianę w ścianę z byłym Melomanem. Teraz spotyka się z tymi, którzy lubią muzykę. Systematycznie przychodzą do niego „jazzowe dziadki” – tak ich określa. Oglądają koncerty, słuchają, rozchodzą się. Raz w miesiącu przyjeżdża zaprzyjaźnione małżeństwo z Kalisza oraz pani „od badania słuchu” z mężem. Jak ją poznał? – Badała mi słuch. Na końcu zagadnąłem ją, jakie ma zainteresowania, a ona odpowiedziała, że lubi muzykę. To ja aż podskoczyłem. Teraz przychodzi do mnie z mężem, który doktorat robi z fizyki. Nazwiska nie pamiętam, ale Einstein na niego mówię – opowiada Kujawski. Nazwiska zresztą nie są dla niego ważne. Moje zapamiętał dopiero po kolejnym spotkaniu. Wcześniej dostałam od niego kilka nagranych koncertów jazzowych z dedykacją: „Przezacnej pani redaktor (imienia ani nazwiska, niestety, nie pomnę), która zainteresowała się muzyką „dżezową” i chwała jej za to. Keep swinging” – napisał żartobliwie. – Jazz był, jest i będzie. Jazz się zmienił, ale będzie trwał. Co takiego w nim jest? Dla mnie jazz to była epoka, w której się wychowałem. Wtedy była to muzyka w Polsce zabroniona, amerykańska i to nas też rajcowało – mówi. Moje życie – Taką młodość, jaką ja miałem w ustroju komunistycznym, to niejeden by chciał teraz. A ja ani w wojsku nie byłem, ani do żadnej partii nie należałem. Jeździłem wszędzie – grałem w najlepszych kurortach, nad morzem, w górach, nie wspominając o zagranicy. Rzadko kto tak miał, nie należąc do partii. Teraz nic mi już nie potrzeba. Mam już wszystko zaplanowane. Żadnych telefonów, niespodziewanych wizyt. Spokój, cisza – Kujawski włącza muzykę.
Hanka Olejnik