Sprawa sięga głęboko w przeszłość. Wydarzenia, których dotyczy rozegrały się krótko po zakończeniu wojny. Dziś wielu świadków i pokrzywdzonych przez UB w 1946 roku już nie żyje. Żyje jednak jeden z dawnych funkcjonariuszy aparatu bezpieczeństwa, którego obciążają zeznania zarówno tych, którzy jeszcze żyją i pamiętają wydarzenia sprzed 60 lat, jak i tych, których już nie ma, ale ich wspomnienia spisano na kartach akt Instytutu Pamięci Narodowej jeszcze w 1992 roku.
Bili jak psa
Władysław K., dziś 83-letni, poruszający się o kuli człowiek jest oskarżony o znęcanie się fizyczne i moralne nad Władysławem P. i Mieczysławem N. Obaj mężczyźni trafili w sierpniu 1946 roku do piwnic budynku przy ul. Sienkiewicza, w którym tuż po wojnie ulokował się Urząd Bezpieczeństwa Publicznego. Aresztowano ich pod zarzutem udziału w organizacji wchodzącej w skład Wielkopolskiej Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Warta”, a mającej na celu „obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego”.
W 1946 roku Władysław K. miał 21 lat. Ten młody chłopak w czasie przesłuchań, prowadzonych o różnych porach dnia i nocy, zmuszał pokrzywdzonych do klęczenia na krześle i bił ich gumową pałką po piętach, plecach i ramionach. - Mój brat był ofiarą. Był zbity jak pies - mówi jeden ze świadków w sprawie Władysława K. Jednemu z nich przytrzaskiwał dłoń drzwiami od szafy, umieszczał w celi zalanej wodą. Drugiego m.in. umieścił w ciemnej, ciasnej celi piwnicy. - Mnie bili i przesłuchiwali. Tak byłem pobity, pokancerowany cały, że nie do poznania. Oni nie głaskali. Gorzej jak zwierzę, nawet zwierzęcia się tak nie bije - dodaje jeden z pokrzywdzonych.
Bardziej krnąbrni trafiali do karceru, który mieścił się pod schodami. Było to niewielkie pomieszczenie, a tak niskie, że stać można było jedynie tuż przy drzwiach.
więcej w wydaniu środowym
autor: (masz)