Jest sprawiedliwość na tym świecie – powiedzą miłośnicy humoru na wieść, że najpopularniejszym clipem muzycznym oglądanym w polskim Internecie jest.... No właśnie kto: Doda, Feel, Rubik? Nie, to wyłaniający się z mokradeł głębokiego czeskiego (1978 rok) komunizmu bohater piosenki „Jorzin z barzin”. Gdyby przypadkowo ktoś nie wiedział, o co i o kogo chodzi, to śpieszę wyjaśnić, że chodzi o powstałą jeszcze za czasów Czechosłowacji głupawą, ale śmieszną pioseneczkę o potworze z bagien, którego rodzimi internauci przechrzcili natychmiast na swojskiego Józka. Śmieszny, absurdalny tekst, podany z absolutną powagą przez autora utworu, muzyka i kabareciarza Ivana Mlaska i jego The Banjo Band. No i oczywiście ten niesamowity, wijący się w tanecznych konwulsjach, brodaty gość śpiewający refren i wywijający przy tym tak, że kapcie z nóg spadają.
Dziś już chyba nikt nie jest w stanie ustalić, kto pierwszy odszukał nagranie, przerobił je na odpowiedni format, kto przetłumaczył tekst, a kto umieścił to wszystko na jednej z witryn internetowych, gdzie praktycznie każdy może wrzucać co mu się tylko żywnie podoba. Zresztą, tak naprawdę nie jest ważne, kto to zrobił pierwszy. Znacznie ciekawsze jest, dlaczego ten utworek – potworek zrobił tak oszałamiającą karierę. I to gdzie! Nie u siebie w Czechach, tylko w Polsce!
Sam twórca nie potrafi odpowiedzieć na te pytania. W jednym z wywiadów powiedział, że wokół jego Jorzina wybuchło w Polsce jakieś nierzeczywiste szaleństwo. Trochę w tym racji, bo pioseneczka była odsłuchiwana już miliony (!) razy, powstają rozmaite „wariacje na temat”, dzwonki do komórek, a internauci na wyprzódki komentują stroje, słowa, taniec brodacza itp. Nic więc dziwnego, że tematem zainteresowały się już najpoważniejsze media, zarówno „papierowe”, jak i elektroniczne.
Konia z rzędem temu, kto potrafi odpowiedzieć na pytanie o przyczyny fenomenu popularności Jorzina. Jednoznacznej odpowiedzi chyba nie ma. Czesi mają ponoć (tak przynajmniej pisze o nich w swoich rewelacyjnych reportażach Mariusz Szczygieł) nieco odmienne od naszego poczucie humoru i temperament, a tu masz ci los - taki hicior po latach.
Jeśli już, to jedyny powód megasukcesu Jorzina widziałbym w tym, że naszych sąsiadów zza południowej granicy, a zwłaszcza ich język, uważamy po prostu za śmieszne same w sobie. Widziałem kiedyś program kabaretowy Tadeusza Drozdy, w którym asystowała mu pewna sympatyczna Czeszka. Oboje niemal do łez ubawili publikę wyszukiwaniem co atrakcyjniejszych czeskich słów i ich tłumaczeniem na polski. No bo, z drugiej strony, jak się tu nie śmiać, skoro kilometr za naszą granicą na miłość mówią „laska”, flet to „fifulka”, mańkut to „levak”, a ich „kweten” to nasz miesiąc maj? To zapewne z tych językowych wywijasów wziął się w języku polskim „czeski błąd” - czyli klasyczne przestawienie liter (np. obiad – obaid), albo „czeski film” jako synonim takiego zamieszania, że „nikt nic nie wie”. Uwaga rodacy – jeśli znajomy (albo nieznajomy) Czech będzie się na was chciał obrazić za „czeski film”, to zapytajcie go szybko, dlaczego na to samo mówi „hiszpańska wioska”?
Zanim jednak zaczniemy zarykiwać się, szukając w Internecie kolejnych czesko-polskich przekładańców, nie zapomnijmy, że ten językowy kij ma dwa końce. Dla Czechów bowiem język polski jest tak samo śmieszny i dziwny (choć równie znajomo brzmiący), jak dla nas czeski. I bardzo dobrze, że potrafimy śmiać się z siebie nawzajem, bo nie ma nic gorszego między sąsiadami, jak wzajemne nadąsywanie się i patrzenie na siebie z góry. Lepiej obejrzeć i posłuchać Jorzina z Barzin! Tym bardziej, że Ivan Mladek zapowiada nagranie piosenki po polsku.
Jarosław Wardawy