Komisarze byli najwierniejszymi z wiernych, których aparat komunistyczny postawił, by pilnowali surowych reguł stanu wojennego. Na samej górze była WRON-a, czyli Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego – partyjna i wojskowa wierchuszka do wydawania rozkazów. Niżej był PRON- Patriotyczna Rada Ocalenia Narodowego, komisarze wojskowi, albo IRCHA – Inspekcja Robotniczo – Chłopska: komunistyczni Hunwejbini, którzy zajmowali się zarówno tropieniem ekspedientek sprzedających kiełbasę spod lady, jak i licealistów roznoszących ulotki.
Nawet jeśli ktoś nie interesuje się historią, to żyjąc w kraju takim jak Polska, wcześniej czy później historia i tak go dogoni. Ta dawniejsza: o dziadkach z Legionów Piłsudskiego, czy może z batalionów AL, albo ta nieco nowsza, choćby ze stanu wojennego.
W ostatnich dniach historia i mnie dopadła, i to dwukrotnie, za sprawą dwóch mocno już wiekowych panów. Jeden z nich zaczynał swoją karierę (na razie nie chcę napisać więcej) jeszcze w czasach stalinowskich, we wczesnych latach 50. Był przedstawicielem swoistej „arystokracji” systemu komunistycznego, legitymizował go swoimi decyzjami służbowymi. Dziś jest już mocno schorowany, ale generalnie zadowolony z siebie. Ba, uważa się za „ofiarę” czasów obecnych, bo został postawiony przed sądem, który – co trzeba przyznać – prawomocnie uniewinnił go ze wszystkich zarzutów.
Drugi człowiek, który sprawił, że piszę teraz taki właśnie felieton, jest nieco młodszy, choć też już ma siódmy krzyżyk na karku. Jest w Ostrowie zapewne dobrze znany, bo w czasie stanu wojennego był tu tzw. komisarzem wojskowym. Młodsi na szczęście tego nie pamiętają, ale komisarze byli najwierniejszymi z wiernych, których aparat komunistyczny postawił, by pilnowali surowych reguł stanu wojennego. System dał im potężną władzę, która - rzekomo w imieniu narodu - pozwalała im praktycznie na wszystko: od pacyfikowania opozycji, po szukanie „sabotażu” w zakładach pracy. Na samej górze była WRON-a, czyli Wojskowa Rada Ocalenia Narodowego – partyjna i wojskowa wierchuszka do wydawania rozkazów. Niżej był PRON- Patriotyczna Rada Ocalenia Narodowego, komisarze wojskowi, albo IRCHA – Inspekcja Robotniczo – Chłopska: komunistyczni Hunwejbini, którzy zajmowali się zarówno tropieniem ekspedientek sprzedających kiełbasę spod lady, jak i licealistów roznoszących ulotki.
Cóż łączy zatem tych dwóch ludzi? Przede wszystkim absolutny brak refleksji i bezkrytyczny stosunek do siebie i swojej roli w „tamtych” czasach. Ostrowski komisarz mówi bez cienia zakłopotania, że w 1981 roku wszyscy żądali wprowadzenia wojska do zakładów pracy i na ulice miast. Twierdzi, że gdyby nie śmierć ks. Popiełuszki, strzały w „Wujku”, to stan wojenny byłby „cudowny”. SB-ecja? No, może czasem zamykali za dużo ludzi, którzy nie stanowili zagrożenia. Wojskowi w szkołach, na ulicach i zakładach pracy? Przecież „wojsko zawsze z narodem”.
A ten pierwszy, „arystokrata”, który jednym podpisem mógł wysłać ludzi do więzienia? On twierdzi – być może nawet nie bez racji – że inni byli gorsi, a on tylko przecież wypełniał obowiązujące w jego czasach przepisy.
Strasznie ciężko pisze się o ludziach dziś już bardzo wiekowych, gdy ma się w sobie zakodowany szacunek dla ich siwych włosów. Trudno mi jednak o podobne uczucia wobec ludzi, którzy tak łatwo przeszli do porządku dziennego nad samymi sobą. Nie chcę epatować przypominaniem UB-ckich tortur, egzekucji, łamaniem charakterów i życiorysów przez SB-ckich konfidentów, przypominaniem tych spektakularnych zbrodni, o których wszyscy wiemy, i tych małych, zwyczajnych wtedy świństw, o których nikt nigdy się nie dowie. To za łatwe, za proste – zbyt oczywiste. Wymowne jest jednak, że żaden z tych dwóch ludzi ani razu nie zająknął się nawet o moralnej, etycznej ocenie swojej działalności. Żaden ze mnie sędzia, żaden sprawiedliwy, ale chcę tylko, żeby wiedzieli, że się z taką postawa głęboko nie zgadzam.
Nie tak dawno na łamach „GO” ukazała się moja długa rozmowa z pewnym byłym ostrowskim SB-kiem. Opowiedział mi między innymi, że byli ostrowscy funkcjonariusze stworzyli sobie „nową świecką tradycję”. Otóż każdego kolejnego 13 grudnia spotykają się, piją wódkę i wspominają „stare” – dla nich zapewne dobre, czasy. Jutro, w kolejną rocznicę stanu wojennego też pewnie się spotkają. Bo mają do tego prawo, bo na tym też polega demokracja i wolność.
Jedno jest jednak pewne – ja się z nimi nie napiję i nie wzniosę z nimi żadnego toastu. Bo to z kolei moje prawo, którego oni mi na pewno nie są w stanie zabrać.
Jarosław Wardawy