Znajdujesz się w: » strona główna » Felietony »
  strona główna
Informacje
Ostrów
Samorząd
Powiat
Społeczność
Gospodarka
Historia
Kultura
Oświata
Kryminały
Religia
Niepełnosprawni
Felietony
Wywiady
Sport
FABRYKA WAGON
  Archiwum
  Redakcja
O nas
Reklama
Kontakt
FELIETON: Stan rozporkowy

Kto ma odpowiednio dużo wiosen na karku, na pewno pamięta datę 13 grudnia 1981 roku. Może kojarzy ją inaczej, ale na pewno pamięta. Trudno bowiem zapomnieć dzień, w którym państwo wypowiedziało wojnę swojemu narodowi. Mnie akurat dzień wprowadzenia stanu wojennego kojarzy się ze… szpitalem, w Poznaniu, gdzie wtedy mieszkałem.

Dzień wcześniej wracałem skądś późnym wieczorem. Na przystanku autobusowym z nudów zaczęliśmy z kolegami ślizgać się z maleńkiej, może metrowej górki. Pech chciał, że przewróciłem się i gruchnąłem o ziemię barkiem. Dojechałem jakoś do domu, ale w nocy zaczęło boleć, jak nie wiem co. Tej nocy już prawie nie spałem, ale nie tylko z powodu bólu. Mój wujek był wówczas oficerem i pełnił służbę. Zdążył tylko zadzwonić do nas i powiedzieć, żebyśmy włączyli telewizor czy radio, bo „coś” się dzieje. Do dziś nie wiem, na ile on wiedział, co mówi, ale faktem jest, że czuło się jakieś wielkie napięcie. W radiu leciała już tylko muzyka poważna (telewizja nocą wtedy nie nadawała). Wreszcie przyszła godzina 6.00 i słynny „poranek bez Teleranka”, a za to z powtarzanym co godzinę wystąpieniem Jaruzelskiego. Szok, strach, zaskoczenie i wreszcie ból od złamanego - jak się miało okazać - obojczyka nie pozwalały zebrać myśli. -Jaka wojna, z kim, o co, dlaczego? Myśli kołatały się w głowie, a bark bolał coraz bardziej. Wreszcie decyzja: do szpitala. I następne zrządzenie losu, bo trafiłem do szpitala wojskowego. Najpierw kilka godzin czekania na korytarzu, zanim jakiś niedouczony konował zapakował mnie od pasa po szyję w gips. Miałem jednak dzięki temu niepowtarzalną okazję zaobserwowania, jak wojsko zareagowało na tę „wojnę”. Od rana w szpitalu był totalny chaos. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Korytarzami biegali uzbrojeni oficerowie w czapkach z paskami pod brodą (służba). Szeregowcy i inne „koty” z paniką w oczach znosili z kąta w kąt jakieś materace, puszki i diabeł jeden wie, co jeszcze. Tupot podkutych buciorów na korytarzu i potem znowu cisza, przerywana tylko regularnie co godzinę wystąpieniem Jaruzelskiego.

Równie niesamowite wrażenie robiło puste, niemal wymarłe miasto. Na wielkim rondzie Kaponiera stały tylko ze dwa SKOT-y - pancerne wojskowe pojazdy na kołach i może tyle samo posterunków wojskowych, przy których młodzi żołnierze próbowali się ogrzać przy rozstawionych koksownikach. Bo zimy wtedy były jeszcze poważne, poniżej minus 15, albo i więcej. Mieszkałem naprzeciwko domów studenckich i pamiętam, jak pustymi ulicami szli studenci wyrzuceni z akademików. Na plecach jakieś pośpiesznie zawiązane tobołki, w rękach siatki i szli tak, wlokąc się noga za nogą, po dwóch trzech i więcej. Dokąd? Nie wiem, bo przecież komunikacja nie działała. Nawet nie było z kim pogadać, bo telefony też nie działały, a jeżeli nawet, to w słuchawce odzywał się głos „rozmowa kontrolowana”, więc i gadać nie było o czym. Na dodatek łapsko w gipsie zaczęło mi puchnąć i sinieć, więc wieczorem, 13 grudnia, ojciec wziął wielkie nożyce i rozciął mój gipsowy pancerz.

Co było dalej, każdy wie: zamordyzm, puste półki w sklepach, wojsko na rogatkach miast, potem strzelanie do ludzi w „Wujku” i pałowanie przez ZOMO, gdzie i ile się dało. W Poznaniu również. Były msze „siedemnastki” u Dominikanów, spod których się szło prosto pod „krzyże”. Z czasem Jaruzel poluzowywał śrubę. Ale nie o tym dziś miałem pisać. Stan wojenny był okresem ponurym i wstrętnym, ale jednocześnie paradoksalnie również pięknym. Nie o wielką politykę mi chodzi, tylko o ludzi. „Wojna polsko - Jaruzelska” - jak to zgrabnie ktoś określił, wyzwalała w jednych wiele podłości, ale paradoks tamtych czasów polegała tym, że w tym morzu brudów coraz mocniejsze robiło się źródełko prawdy. Z czasem większe i większe i coraz silniejsze. I takaż do 1989 roku.

Później już odwaga bardzo potaniała. Dziś prawda zależy od tego, kto akurat do nas mówi. Z powstałego wtedy morza prawdy zrobiło się z powrotem małe jeziorko, z polskim bagienkiem na brzegach, które wciąga, oblepia, zatyka usta, włazi nachalnie w każdy por skóry - z głośnika, ekranu czy strony gazety. Znakiem naszych obecnych czasów jest, że Polska żyje i niezdrowo podnieca się „aferą rozporkową” i dociekaniem, kto, komu i kiedy zrobił dziecko. Tyle mnie obchodzi, z kim pani K. ma dziecko, co zeszłoroczny śnieg. Tak samo, z kim sypiał, a z kim nie poseł Łyżwiński. Ja tylko nie rozumiem, dlaczego on tam w ogóle jest, gdzie jest? Dlaczego moi rodacy, w wolnej i demokratycznej Polsce wybrali posłem (po raz drugi zresztą) chłopa po zasadniczej szkole rolniczej, który przyznał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, który ma na koncie ileś nierozliczonych afer. Taki człowiek jest posłem, choć nie ma kwalifikacji moralnych, aby być nawet sołtysem w swojej wsi.

Gdyby mi 25 lat temu jakaś wróżka przepowiedziała, że Polska będzie w NATO i Unii Europejskiej, że będę miał w szufladzie swój paszport, 100 kanałów w TV i każdą książkę i gazetę świata w zasięgu ręki, że będę mówił, pisał i wybierał, kogo chciał, to bym pewnie nie uwierzył. Gdyby jednak ta sama wróżka przepowiedziała, że taki Łyżwiński zostanie posłem w moim wolnym i demokratycznym kraju, to pogoniłbym babę, bo bym jej też nie uwierzył. Ale życie, zwłaszcza w Polsce, nie po raz pierwszy przerasta nasze wyobrażenia. A nawet wróżby…

 

autor: Jarosław Wardawy

[0]

-- wstecz --
Liczba wyświetleń:412
  POD NASZYM PATRONATEM
  Praktyczne informacje
Dyżury aptek w 2010 r.
Dyżury stomatologiczne w powiecie ostrowskim 2010 r.
Dyżury lekarzy spejalistów w powiecie ostrowskim 2010 r.
Rozkład jazdy PKP
Pogoda dla wielkopolski
Ważne telefony
SONDA
Kto powinien zostać prezydentem Ostrowa Wielkopolskiego?
RADOSŁAW TORZYŃSKI
WŁODZIMIERZ JĘDRZEJAK
MACIEJ KLÓSAK
BARTOSZ ZIÓŁKOWSKI
RYSZARD TYRPA
ktoś inny
STANISŁAW KRAKOWSKI
Design Transition Technologies Powered by neTTstar