Dzień wcześniej wracałem skądś późnym wieczorem. Na przystanku autobusowym z nudów zaczęliśmy z kolegami ślizgać się z maleńkiej, może metrowej górki. Pech chciał, że przewróciłem się i gruchnąłem o ziemię barkiem. Dojechałem jakoś do domu, ale w nocy zaczęło boleć, jak nie wiem co. Tej nocy już prawie nie spałem, ale nie tylko z powodu bólu. Mój wujek był wówczas oficerem i pełnił służbę. Zdążył tylko zadzwonić do nas i powiedzieć, żebyśmy włączyli telewizor czy radio, bo „coś” się dzieje. Do dziś nie wiem, na ile on wiedział, co mówi, ale faktem jest, że czuło się jakieś wielkie napięcie. W radiu leciała już tylko muzyka poważna (telewizja nocą wtedy nie nadawała). Wreszcie przyszła godzina 6.00 i słynny „poranek bez Teleranka”, a za to z powtarzanym co godzinę wystąpieniem Jaruzelskiego. Szok, strach, zaskoczenie i wreszcie ból od złamanego - jak się miało okazać - obojczyka nie pozwalały zebrać myśli. -Jaka wojna, z kim, o co, dlaczego? Myśli kołatały się w głowie, a bark bolał coraz bardziej. Wreszcie decyzja: do szpitala. I następne zrządzenie losu, bo trafiłem do szpitala wojskowego. Najpierw kilka godzin czekania na korytarzu, zanim jakiś niedouczony konował zapakował mnie od pasa po szyję w gips. Miałem jednak dzięki temu niepowtarzalną okazję zaobserwowania, jak wojsko zareagowało na tę „wojnę”. Od rana w szpitalu był totalny chaos. Nikt nie wiedział, co tak naprawdę się dzieje. Korytarzami biegali uzbrojeni oficerowie w czapkach z paskami pod brodą (służba). Szeregowcy i inne „koty” z paniką w oczach znosili z kąta w kąt jakieś materace, puszki i diabeł jeden wie, co jeszcze. Tupot podkutych buciorów na korytarzu i potem znowu cisza, przerywana tylko regularnie co godzinę wystąpieniem Jaruzelskiego.
Równie niesamowite wrażenie robiło puste, niemal wymarłe miasto. Na wielkim rondzie Kaponiera stały tylko ze dwa SKOT-y - pancerne wojskowe pojazdy na kołach i może tyle samo posterunków wojskowych, przy których młodzi żołnierze próbowali się ogrzać przy rozstawionych koksownikach. Bo zimy wtedy były jeszcze poważne, poniżej minus 15, albo i więcej. Mieszkałem naprzeciwko domów studenckich i pamiętam, jak pustymi ulicami szli studenci wyrzuceni z akademików. Na plecach jakieś pośpiesznie zawiązane tobołki, w rękach siatki i szli tak, wlokąc się noga za nogą, po dwóch trzech i więcej. Dokąd? Nie wiem, bo przecież komunikacja nie działała. Nawet nie było z kim pogadać, bo telefony też nie działały, a jeżeli nawet, to w słuchawce odzywał się głos „rozmowa kontrolowana”, więc i gadać nie było o czym. Na dodatek łapsko w gipsie zaczęło mi puchnąć i sinieć, więc wieczorem, 13 grudnia, ojciec wziął wielkie nożyce i rozciął mój gipsowy pancerz.
Co było dalej, każdy wie: zamordyzm, puste półki w sklepach, wojsko na rogatkach miast, potem strzelanie do ludzi w „Wujku” i pałowanie przez ZOMO, gdzie i ile się dało. W Poznaniu również. Były msze „siedemnastki” u Dominikanów, spod których się szło prosto pod „krzyże”. Z czasem Jaruzel poluzowywał śrubę. Ale nie o tym dziś miałem pisać. Stan wojenny był okresem ponurym i wstrętnym, ale jednocześnie paradoksalnie również pięknym. Nie o wielką politykę mi chodzi, tylko o ludzi. „Wojna polsko - Jaruzelska” - jak to zgrabnie ktoś określił, wyzwalała w jednych wiele podłości, ale paradoks tamtych czasów polegała tym, że w tym morzu brudów coraz mocniejsze robiło się źródełko prawdy. Z czasem większe i większe i coraz silniejsze. I takaż do 1989 roku.
Później już odwaga bardzo potaniała. Dziś prawda zależy od tego, kto akurat do nas mówi. Z powstałego wtedy morza prawdy zrobiło się z powrotem małe jeziorko, z polskim bagienkiem na brzegach, które wciąga, oblepia, zatyka usta, włazi nachalnie w każdy por skóry - z głośnika, ekranu czy strony gazety. Znakiem naszych obecnych czasów jest, że Polska żyje i niezdrowo podnieca się „aferą rozporkową” i dociekaniem, kto, komu i kiedy zrobił dziecko. Tyle mnie obchodzi, z kim pani K. ma dziecko, co zeszłoroczny śnieg. Tak samo, z kim sypiał, a z kim nie poseł Łyżwiński. Ja tylko nie rozumiem, dlaczego on tam w ogóle jest, gdzie jest? Dlaczego moi rodacy, w wolnej i demokratycznej Polsce wybrali posłem (po raz drugi zresztą) chłopa po zasadniczej szkole rolniczej, który przyznał się do współpracy ze Służbą Bezpieczeństwa, który ma na koncie ileś nierozliczonych afer. Taki człowiek jest posłem, choć nie ma kwalifikacji moralnych, aby być nawet sołtysem w swojej wsi.
Gdyby mi 25 lat temu jakaś wróżka przepowiedziała, że Polska będzie w NATO i Unii Europejskiej, że będę miał w szufladzie swój paszport, 100 kanałów w TV i każdą książkę i gazetę świata w zasięgu ręki, że będę mówił, pisał i wybierał, kogo chciał, to bym pewnie nie uwierzył. Gdyby jednak ta sama wróżka przepowiedziała, że taki Łyżwiński zostanie posłem w moim wolnym i demokratycznym kraju, to pogoniłbym babę, bo bym jej też nie uwierzył. Ale życie, zwłaszcza w Polsce, nie po raz pierwszy przerasta nasze wyobrażenia. A nawet wróżby…
autor: Jarosław Wardawy